22/10/2026
SERCE KOŚCIUSZKI W CZASIE II WOJNY ŚWIATOWEJ I POWSTANIA WARSZAWSKIEGO
Gdy we wrześniu 1939 roku nad Warszawą zaczęły krążyć niemieckie samoloty, a na Starówce słychać było pierwsze eksplozje, w Kaplicy Zamku Królewskiego spoczywała jedna z najcenniejszych pamiątek narodowych – zabalsamowane serce Tadeusza Kościuszki. Przywiezione ze Szwajcarii dwanaście lat wcześniej, spoczywało tam w metalowej urnie, niemal jak strażnik odzyskanej niepodległości. Prezydent Ignacy Mościcki, opuszczając już stolicę, zdążył jeszcze polecić, by tę relikwię niezwłocznie zabezpieczyć.
Zadanie wziął na siebie człowiek, który formalnie mógł już wtedy odejść w stan spoczynku. Kazimierz Brokl, historyk sztuki, muzeolog i od 1936 roku kustosz zbiorów Zamku Królewskiego, miał 62 lata. Mieszkał z żoną i dwiema córkami w oficynie zamkowej, tzw. Bacciarelówce. Gdy 5 września ewakuowała się cała kancelaria prezydenta i kierownictwo Zamku, on został. W notesie, który prowadził od pierwszego dnia wojny, zapisywał kolejne etapy zabezpieczania zbiorów. Ostatnia notatka urywa się 5 września o godzinie dziewiątej: „Alarm. Rzeczy mają iść…”.
Siedem lub osiem września Brokl wziął do rąk urnę z sercem Kościuszki i – według relacji – także modlitewnik królowej Bony. Przeszedł z nimi ulicami, które już nie były bezpieczne, i zaniósł je do podziemi Archikatedry św. Jana. Ukryto je w ścianie wnęki krypty, niedaleko sarkofagu Henryka Sienkiewicza. Przekazał relikwię w opiekę kapitule metropolitalnej. Ten prosty, niemal intymny gest ocalił ją na kolejne, dramatyczne lata.
Sam Brokl nie doczekał żadnego z późniejszych epilogów. Już 17 września 1939 roku – w dniu, który przeszedł do historii jako „czarna niedziela” – niemiecka artyleria rozpoczęła intensywny ostrzał Zamku. Płonął dach, stanęły w ogniu wieże. Wskazówki zamkowego zegara zatrzymały się o 11.15 i pozostały tak na zawsze w pamięci warszawiaków. Brokl kierował akcją ratunkową. Wraz ze strażakami, strażą obywatelską i mieszkańcami Starego Miasta wynosił, co się dało: obrazy Canaletta i Bacciarellego, rzeźby, meble, brązy. Schodząc schodami przy Bramie Grodzkiej z kolejnym cennym obiektem w rękach, został trafiony odłamkiem pocisku. Zginął na miejscu.
Pochowano go tego samego dnia na trawniku tuż za Bramą Grodzką. Nad prowizorycznym grobem stała tylko garstka ludzi. Kilka dni później przyszedł tam Stefan Starzyński. Córka Brokla wspominała później, jak prezydent Warszawy stał na baczność przy mogile jej ojca. Dziś w tym miejscu stoi skromny obelisk. Co roku 17 września o godzinie 11.15 składane są pod nim kwiaty. Brokl nie był żołnierzem. Nie miał broni, nie wydawał rozkazów. Miał tylko poczucie obowiązku wobec przedmiotów, które przez lata opisywał, katalogował i chronił. W ostatnim tygodniu życia zrobił coś więcej niż uratował serce Kościuszki – pokazał, że służba kulturze może być formą służby Ojczyźnie, a nawet bohaterstwem.
Serce Naczelnika miało jednak przejść jeszcze swoją własną drogę przez piekło. Ukryte w podziemiach katedry przetrwało pierwsze lata okupacji. Prawdziwa próba nadeszła w 1944 roku. Podczas Powstania Warszawskiego katedra znalazła się w samym centrum walk. Po upadku powstania Niemcy systematycznie wysadzili świątynię w powietrze – podobnie jak Zamek Królewski.
Metalowy sejf z urną został porzucony wśród ruin. Noszący wyraźne ślady ognia i prób wyłamania wieka - prawdopodobnie w poszukiwaniu kosztowności, leżał potem przez dwa lata pod gołym niebem. Odnaleziono go dopiero podczas odgruzowywania Starego Miasta w 1945 roku. Sama majolikowa urna i jej pokrywa z rapperswilskimi pieczęciami nie uległy uszkodzeniu. Zniszczeniu uległ jedynie ukryty w skrytce sejfu pergamin z opisem wydarzeń z 1895 roku. Zewnętrzny metalowy pojemnik został uszkodzony, ale urna z sercem Kościuszki przetrwała całą wojenną zawieruchę w stanie nienaruszonym.
Relikwię przewieziono następnie do dawnego kościoła karmelitów bosych przy Krakowskim Przedmieściu (obecnie kościół seminaryjny). Tam, w latach 1947–1961, czekała na dalsze decyzje. Jedna z najbardziej osobliwych ciekawostek z tego okresu dotyczy zapachu: z otwartego pojemnika unosił się ostry chemiczny odór fenolu używanego do konserwacji. Proboszcz karmelitów, by go zneutralizować, zalał wnętrze do pełna roztopionym woskiem ze zbieranych ogarków świec kościelnych.
W 1960 roku, po konsekracji odbudowanej Archikatedry przez prymasa Stefana Wyszyńskiego, serce na krótko wróciło do katedry. Już trzy lata później (1963) przekazano je dyrektorowi Muzeum Narodowego w Warszawie, profesorowi Stanisławowi Lorentzowi, jako część uratowanego mienia Zamku Królewskiego. Później eksponowano je publicznie w Pałacu na Wyspie w Łazienkach Królewskich (od 1971 roku).
13 czerwca 1983 roku urna ponownie trafiła na Zamek. Ostateczny powrót nastąpił 31 sierpnia 1984 roku – z pełnym ceremoniałem wojskowym. Nowa brązowa kaseta, wsparta na czterech złoconych orłach i opatrzona napisem „Serce Tadeusza Kościuszki”, została uroczyście umieszczona w Kaplicy Królewskiej, gdzie znajduje się do dziś.
Jeszcze jedna ciekawostka z XXI wieku: w 2017 roku przeprowadzono konserwację. Specjaliści z Instytutu Mechaniki Precyzyjnej przez kilka godzin otwierali zabytkowy szwajcarski sejf – klucz do niego zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Pobrano wówczas próbki wosku, drewnianej płytki i historycznego płótna lnianego, które miały kontakt z sercem. Późniejsze badania molekularne (przeprowadzone przez polskich naukowców na przełomie 2021 i 2022 roku) wykazały obecność genomu bakterii Cutibacterium acnes. To pozwoliło postawić hipotezę, że przyczyną śmierci Kościuszki w 1817 roku było najprawdopodobniej ostre zapalenie wsierdzia, a nie – jak wcześniej sądzono – tyfus czy zapalenie płuc.
Tak zakończyła się ponad 160-letnia wędrówka jednego z najważniejszych symboli polskiej historii – od Solury, przez Rapperswil, Zamek, katedrę, ruiny i kościół karmelitów, aż z powrotem do kaplicy Zamku Królewskiego. Historia, która choć dotyczy jednej urny i jednego człowieka, który zginął z odłamkiem w głowie, wciąż porusza. Bo mówi o tym, że czasem najważniejsze rzeczy w historii ratuje się nie armią, lecz rękami człowieka, który po prostu nie potrafi odejść ze swojego posterunku.
Tekst: Agnieszka Kowalczyk
Fotografie: Wikipedia, Muzeum Zamku Królewskiego w Warszawie