Niespokojna Art Gallery

Zadzwoń Wskazówki dojazdu Strona internetowa Kontakt: muzeum

Niespokojna Art Gallery Sztuka istnieje w przestrzeni miedzy artystą i odbiorcą. PIĘKNO jest w każdym z nas.

Za plecami starego człowieka w żółtej koszuli przysiadła postać ze skrzydłami ćmy. On się nie odwraca. Wokół wypalona ma...
15/10/2026

Za plecami starego człowieka w żółtej koszuli przysiadła postać ze skrzydłami ćmy. On się nie odwraca. Wokół wypalona mazowiecka ziemia, pasek morza i chmura zawieszona nad nimi jak ciężka myśl.

Janusz Lewandowski nie malował ładnych widoków. Jego pejzaż był przestrzenią rozważań egzystencjalnych o przemijaniu i samotności (Polswiss Art, biogram artysty). Tutaj to, co u niego zwykle wisi w powietrzu, dostało twarz i skrzydła.

„Scena symboliczna” zeszła w Polswiss Art za 17 000 zł, poniżej estymacji 20-25 tys. Ktoś zrobił dobry zakup.

Kim jest według Was ta skrzydlata postać: aniołem, śmiercią czy wspomnieniem?

Dzień przed 180. rocznicą urodzin Maksymiliana Gierymskiego jego mały jesienny pejzaż z oraczem zmienił właściciela za 3...
15/10/2026

Dzień przed 180. rocznicą urodzin Maksymiliana Gierymskiego jego mały jesienny pejzaż z oraczem zmienił właściciela za 360 tysięcy złotych. Najciekawsza w tej transakcji nie jest jednak cena, tylko nazwisko pierwszego właściciela.

8 października na aukcji DESA Unicum sprzedano „Pejzaż jesienny z oraczem” z około 1868–1869 roku. To niewielkie płótno, 25 na 33,4 cm: oracz w białej koszuli pochylony nad pługiem, dwa gniade konie, rdzawa ziemia i ciężkie, szare niebo, które zajmuje pół obrazu. Młotek zatrzymał się na 300 tysiącach złotych, czyli na dolnej granicy estymacji, a z opłatą aukcyjną kwota wzrosła do 360 tysięcy (DESA Unicum, katalog aukcji). Następnego dnia, 9 października, minęło 180 lat od urodzin malarza.

Historia tego płótna to gotowy rozdział o życiu obrazów. Do 1915 roku należało do Józefa Brandta, gwiazdy polskiej kolonii artystycznej w Monachium. Potem przeszło do jego wdowy, Heleny Pruszakowej, w latach 70. trafiło do kolekcji Katarzyny Szuszczykiewicz w Radomiu, a w 2008 roku pojawiło się w Rempeksie (DESA Unicum, katalog aukcji). Pokazywano je między innymi na wielkiej monograficznej wystawie Gierymskiego w Muzeum Narodowym w Krakowie w 2014 roku.

Data powstania też nie jest przypadkowa. Ewa Micke-Broniarek zauważa, że właśnie około 1869 roku, mając zaledwie 23 lata, Gierymski wypracował własny, całkowicie indywidualny styl (Ewa Micke-Broniarek, culture.pl).

Badacze podkreślają, że jako pierwszy polski malarz dostrzegł poetyckie piękno szarej, powszedniej prowincji (Polonika). Ten obraz pokazuje to dosłownie: nic się na nim nie dzieje, a jednak trudno oderwać od niego wzrok.

Nowosielski namalował „Pływaczkę” w 1954 r. To drobny obraz, 67 na 37 centymetrów: zawodniczka w białym czepku i żółtych...
14/10/2026

Nowosielski namalował „Pływaczkę” w 1954 r. To drobny obraz, 67 na 37 centymetrów: zawodniczka w białym czepku i żółtych majtkach, z tą jego ikonową sztywnością, przez którą nawet sportsmenka wygląda jak święta z bocznego ołtarza. We wtorek wieczorem w Polswiss Art ruszyła z 90 tysięcy przy estymacji 140–180 tysięcy i skończyła na 340 tysiącach młotkiem. To prawie dwukrotność górnej wyceny i, w moim odczuciu, najmocniejszy sygnał całej aukcji.

Gdybym miał tę aukcję opisać jednym zdaniem, powiedziałbym, że rynek płacił chętnie, ale tylko za to, co go naprawdę przekonało. Sama wysoka estymacja nie wystarczała. W środkowym segmencie było bardzo dobrze. Jasiński z monachijskimi „Pierwszymi krokami” z 1887 r., opisywanymi jeszcze w „Kłosach”, doszedł do sufitu wyceny, czyli 600 tysięcy. Szczygliński z „Połowem o wschodzie”, namalowanym rok przed śmiercią i od końca lat 40. trzymanym w jednej warszawskiej kolekcji, przeskoczył estymację. Zimowy Fałat, „Pejzaż z Bystrej” z 1916 z dwoma potwierdzeniami autentyczności z 1954 roku na odwrociu, poszedł za 110 tysięcy. Zak z „Młodzieńcem z fajką” z 1924 r., publikowanym już w 1925 w „Deutsche Kunst und Dekoration”, zamknął się na 400 tysiącach (noty katalogowe Polswiss Art).

Spokojnie, w swoich widełkach, sprzedały się prace, które mają na rynku ustaloną pozycję. Witkacy, pastelowy „Portret Haliny Englisch” z 1933, poszedł za 190 tysięcy. Dwurnik z „Biurwami” z cyklu „Sportowcy” dobił do 130 tysięcy, a „Sztuka postkonsumpcyjna” Natalii LL do 90 tysięcy. Zresztą ciekawie wyszło ze sportem: pływaczka Nowosielskiego i biurowe sportsmenki Dwurnika na jednej aukcji, blisko trzydzieści lat od siebie, i obie znalazły nabywców.

Najdroższy był Malczewski. „Autoportret z kwiatem ostu” z 1911 roku poszedł za 4,6 miliona młotkiem, a z opłatą za 5,52 miliona, przy estymacji 6–8 milionów. Ten obraz ma historię, której mogłyby mu pozazdrościć muzea. Należał do Leona Goldberga, a potem do doktora Samuela Goldflama, wybitnego warszawskiego neurologa. W 1916 roku wisiał na wystawie na rzecz Towarzystwa Ochron dla Dzieci Wyznania Mojżeszowego. 13 października 2013 roku, dokładnie trzynaście lat przed tą aukcją, był licytowany w Agra-Art, a później trafił w depozyt do Muzeum im. Jacka Malczewskiego w Radomiu (nota katalogowa Polswiss Art).

W górnym segmencie widać było za to wyraźną ostrożność. „Szał” Podkowińskiego z 1893, z ekspertyzą Elżbiety Charazińskiej z czerwca tego roku, poszedł po cenie wywoławczej, 550 tysięcy, przy estymacji 800 tysięcy - milion. Tak samo „Obraz DCVI” Gierowskiego z 1990 roku: 650 tysięcy wobec wyceny 700–900 tysięcy. Tarasin ze „Szkołą przedmiotów I” zatrzymał się na dolnej granicy, 260 tysiącach, a dwa wielkie płótna Dobkowskiego z 1990 poszły po 200 tysięcy każde, poniżej widełek. Kupujący dochodzili do progu i dalej nie szli. Podobnie było z „Wieszaniem prania” Roguskiego. Obraz był licytowany w Sopockim Domu Aukcyjnym w listopadzie ubiegłego roku, a teraz poszedł za 75 tysięcy, poniżej estymacji. To dobra lekcja, że zbyt szybki powrót na rynek rzadko się opłaca.

Ogółem sprzedano 82 obiekty ze 115 przy obrocie niemal 17 milionów złotych. Nawet z opłatą aukcyjną to mniej niż dolna granica łącznych estymacji, czyli 18,6 miliona. Dla sprzedających to sygnał, że wyceny z czasów hossy wymagają korekty. Dla kupujących to dobra wiadomość, bo kilka naprawdę ważnych obrazów można było kupić po cenie wywoławczej.

Macie swoje spostrzeżenia?

Rynek bez iluzji. Między wartością a ceną ⚖️

Malować nauczył się w niemieckim obozie jenieckim. Wcześniej sprzedawał rowery. Terry Frost urodził się 111 lat temu, 13...
13/10/2026

Malować nauczył się w niemieckim obozie jenieckim. Wcześniej sprzedawał rowery.

Terry Frost urodził się 111 lat temu, 13 października 1915 roku w Leamington Spa, i przez pierwsze trzydzieści lat życia nic nie zapowiadało, że zostanie malarzem. Szkołę skończył jako czternastolatek, pracował w sklepie rowerowym, potem w fabryce w Coventry. W czerwcu 1941 jako komandos, trafił do niewoli na Krecie, a w Stalagu 383 w Bawarii spotkał Adriana Heatha, który namówił go do malowania. Frost wspominał te lata jako doświadczenie niemal duchowe, w którym głód paradoksalnie wyostrzał widzenie (The Times, 2003).

W 1950 r. osiadł na dobre w Kornwalii. Utrzymywał się, pracując w pracowni Barbary Hepworth, a rano chodził wzdłuż nabrzeża w St Ives, gdzie łodzie nigdy nie stoją w miejscu, tylko kołyszą się i przechylają. Z tego codziennego spaceru powstał „Walk Along the Quay”: wąskie, wydłużone płótno, po którym, jak sam mówił, przeszedł farbą tak, jak szedł po kei (Piano Nobile). Ben Nicholson, gdy zobaczył te obrazy, powiedział mu, że trafił na coś, co wystarczy mu na całe życie (Lyon & Turnbull). I wystarczyło: półkola łodzi, słońca i księżyce wracały u Frosta do końca, tylko kolor robił się coraz odważniejszy.

Malował do późnej osiemdziesiątki, został członkiem Royal Academy i dostał tytuł szlachecki za zasługi dla sztuki i edukacji artystycznej. Chris Stephens, kurator Tate i autor monografii Frosta, zauważył kiedyś, że malarz chętnie opowiadał o swoich obrazach zabawne historyjki, które zasłaniały to, co w nich poważniejsze (Chris Stephens, „Terry Frost”, Tate 2000, za: British Council).

Słyszycie wokół Chrisa Barbera?

Litery jak giganty: „A”, „N”, „X” rozdęte do rozmiarów ściany, tak wielkie, że zanim zdążycie je przeczytać, już się w n...
13/10/2026

Litery jak giganty: „A”, „N”, „X” rozdęte do rozmiarów ściany, tak wielkie, że zanim zdążycie je przeczytać, już się w nich gubicie. Tak Al Held, urodzony 98 lat temu syn polsko-żydowskich imigrantów z Brooklynu (Montreal Museum of Fine Arts), zamienił alfabet w malarstwo.

Do sztuki doszedł okrężną drogą. Po dwóch latach w marynarce wojennej trafił do Art Students League i marzył o socrealistycznych muralach, o malarstwie z przesłaniem, przemawiającym do ludzi ze ścian. Wyjazd do Paryża na stypendium dla weteranów, zajęcia u Osipa Zadkine’a i przyjaźń z Ellsworthem Kellym i Joan Mitchell sprawiły jednak, że figura zaczęła mu się wymykać, a w jej miejscu pojawiła się gęsta, ciężka od farby abstrakcja, w której próbował nadać gestowi konstrukcję (artnet). W 1954 roku pożar pracowni strawił wiele z tych wczesnych płócien (Al Held Foundation).

Prawdziwy rozgłos przyniosły mu w latach sześćdziesiątych właśnie te „Obrazy alfabetu”, w których z litery zostaje już tylko czysta forma i napięcie ostrej krawędzi. Powstawały w Nowym Jorku, w którym wciąż rozbrzmiewał Miles Davis i jego „Kind of Blue”, i w moim odczuciu mają w sobie coś z tej płyty: dużo przestrzeni, mało nut, a każda postawiona tak, że nie da się jej przesunąć. Frank O’Hara, poeta i kurator nowojorskiego MoMA, nazwał Helda wtedy jednym z najbardziej kontrowersyjnych i najmocniejszych malarzy w Nowym Jorku (Al Held Foundation). Potem przyszło coś, co wymagało odwagi większej niż sukces: przez dwanaście lat malował wyłącznie w czerni i bieli, budując zawieszone w przestrzeni geometryczne konstrukcje, by pod koniec lat siedemdziesiątych wrócić do koloru i jeszcze śmielszej, niemal architektonicznej skali (Al Held Foundation).

Sam mówił, że najlepsza abstrakcja zamienia swoje formalne cechy w metafory prawd, których nie da się dostrzec wprost (artnet). Zmarł w 2005 roku w Todi, w Umbrii, a u nas jego nazwisko wciąż pada zaskakująco rzadko.

PORTRET ABSOLUTNY. OBRAZ, PONTYFIKAT, RACHUNEK SUMIENIA.Odcinek 25: Dionizy - papież, który składał statek po burzy.„Syn...
11/10/2026

PORTRET ABSOLUTNY. OBRAZ, PONTYFIKAT, RACHUNEK SUMIENIA.
Odcinek 25: Dionizy - papież, który składał statek po burzy.

„Syn ma się do Ojca jak statek do szkutnika”. Tak około 260 r. napisał biskup Aleksandrii, jeden z najbardziej szanowanych ludzi ówczesnego Kościoła. Spierał się z nauczycielami, którzy twierdzili, że Ojciec i Syn to jedna i ta sama osoba w różnych przebraniach, i chcąc pokazać, że to dwie różne osoby, posunął się za daleko. Skoro statek jest dziełem szkutnika, to Syn Boży jest czymś zrobionym, stworzeniem, a nie Bogiem. Kilku jego wiernych uznało, że biskup popadł w herezję. Zamiast pójść z tym do niego, wyruszyli do Rzymu i złożyli skargę przed tamtejszym biskupem, który nosił to samo imię co oskarżony. Nazywał się Dionizy.

Sędzia w tej sprawie sam niedawno przeszedł przez katastrofę. W sierpniu 258 r. jego poprzednik Sykstus II został ścięty na cmentarzu przy Via Appia, razem ze swoimi diakonami. Cesarz Walerian zakazał chrześcijanom zgromadzeń i wstępu na cmentarze, a drugi edykt nakazał zabijać duchownych bez sądu. W takich warunkach nie dało się wybrać biskupa, bo każdy kandydat był kandydatem na śmierć. Stolica Rzymska stała pusta prawie rok. Dopiero 22 lipca 259 r., gdy prześladowanie zaczęło słabnąć, biskupem został prezbiter Dionizy. W Rzymie dobrze go znano, a biskup Aleksandrii, ten sam, który później napisał zdanie o szkutniku, wymieniał z nim listy i nazywał go człowiekiem wybitnym i uczonym.

Rok później wszystko odwróciło się w ciągu kilku miesięcy. Walerian dostał się do niewoli perskiej i już z niej nie wrócił. Jego syn Galien, który rządził odtąd sam, miał na głowie bunty w prowincjach i najazdy na granicach, a prześladowanie chrześcijan uznał za kłopot, na który państwa nie stać. Wstrzymał prześladowanie i rozesłał do biskupów reskrypt, czyli pismo z cesarską decyzją: urzędnicy mieli opuścić zajęte miejsca modlitwy, a drugi dekret pozwalał chrześcijanom odzyskać cmentarze. Po raz pierwszy cesarz rzymski pisał do biskupów jak do ludzi, z którymi się rozmawia, a nie jak do przestępców. Zaczął się okres, który historycy nazywają małym pokojem Kościoła. Trwał ponad czterdzieści lat, aż do wielkiego prześladowania w 303 r.

Dionizy przejął Kościół, który trzeba było składać jak statek po burzy: odzyskane domy zgromadzeń, odzyskane cmentarze i zdziesiątkowane duchowieństwo. „Liber Pontificalis”, papieska kronika spisana dopiero w VI wieku, mówi o nim jednym zdaniem: dał prezbiterom kościoły i cmentarze i ustanowił parafie diecezji. Kronikarz pisał trzysta lat później i chętnie przypisywał dawnym papieżom urządzenia ze swoich czasów, ale sedno tej informacji jest wiarygodne. Po prześladowaniu trzeba było wyznaczyć nowych prezbiterów do gmin, które straciły duchownych, i ustalić, kto opiekuje się odzyskanymi cmentarzami.

W tym właśnie czasie do Rzymu dotarła skarga z Aleksandrii. Dionizy zwołał synod i wydał list, który potępiał oba błędy naraz: zarówno pogląd, że Ojciec i Syn to jedna osoba, jak i pogląd, że Syn jest stworzeniem. Biskupa Aleksandrii nie wymienił w nim z imienia. Napisał do niego osobno i poprosił, by wyjaśnił, co miał na myśli. Biskup wytłumaczył się i na tym sprawa się skończyła. Kilka lat wcześniej papież Stefan I w podobnym sporze po prostu zerwał wspólnotę z połową chrześcijańskiego świata. Dionizy poprosił o wyjaśnienia i na nich poprzestał.

Zdanie o szkutniku miało jednak drugie życie. Kilkadziesiąt lat później aleksandryjski prezbiter Ariusz zaczął nauczać, że Syn Boży został przez Ojca stworzony. Sobór w Nicei potępił tę naukę w 325 r., ale spór trwał jeszcze przez dziesięciolecia. Zwolennicy Ariusza szukali poparcia u dawnych autorytetów i znaleźli je właśnie w porównaniu ze statkiem: skoro tak pisał wielki biskup Aleksandrii, to znaczy, że myślał tak jak oni. Około 350 r. odpowiedział im Atanazy, biskup tej samej Aleksandrii i najzagorzalszy przeciwnik a***n. Napisał osobny traktat w obronie swojego poprzednika, a jako dowód zacytował list papieża Dionizego, który potępił naukę o stworzonym Synu na długo przed Ariuszem. Tylko dzięki tym cytatom list przetrwał. To jedyny tekst, jaki po papieżu Dionizym został.

Podobnie przetrwała pamięć o innym jego czynie. Około 260 r. Goci najechali Kapadocję w dzisiejszej Turcji i uprowadzili chrześcijan w niewolę. Dionizy napisał list z pociechą do Kościoła w Cezarei i wysłał ludzi z pieniędzmi na wykup jeńców. Pieniądze pochodziły z ofiar, które wierni składali podczas niedzielnych zgromadzeń, a z których gmina rzymska od ponad stu lat utrzymywała wdowy, ubogich i więźniów, także poza własnym miastem. Nie wiedzielibyśmy o tym okupie nic, gdyby nie list napisany w 372 r. przez Bazylego Wielkiego, biskupa tej samej Cezarei. Bazyli prosił papieża Damazego o pomoc dla Kościołów Wschodu i przypominał, że w archiwum jego diecezji wciąż leżą dokumenty o tym, jak biskup Rzymu Dionizy posłał ludzi, by wykupili braci z niewoli.

Dionizy umarł 26 grudnia 268 r. śmiercią naturalną. W przeciwieństwie do niemal wszystkich swoich poprzedników nie zginął za wiarę i nie ma nawet tradycji jego męczeństwa. Pochowano go w Krypcie Papieży w katakumbach Kaliksta, w miejscu, które Galien niedawno zwrócił chrześcijanom, obok Sykstusa II, po którym przejął Kościół. Na płytach zamykających groby wypisywano po grecku samo imię i słowo „biskup”. Z czternastu takich płyt zachowało się do dziś pięć, mniej lub bardziej rozbitych. Płyty Dionizego wśród nich nie ma. Jego imię przetrwało na późniejszej liście papieży pochowanych w krypcie, ale i ta tablica zaginęła. Znamy ją tylko z odpisu.

W katakumbach nie ma też jego ciała. W 761 r., gdy Longobardzi plądrowali cmentarze pod Rzymem, papież Paweł I przeniósł szczątki wielu papieży i męczenników do klasztoru, który założył we własnym domu w środku miasta. Najpewniej trafiły tam wtedy także relikwie Dionizego. Dziś to kościół San Silvestro in Capite, a relikwie leżą pod ołtarzem głównym, gdzie odnaleziono je przy przebudowie w 1596 r. Być może dlatego w krypcie nie ma jego płyty: grób opróżniono już w VIII wieku.

Wizerunek dostał dopiero ponad tysiąc dwieście lat po śmierci. W 1481 r. papież, który zbudował Kaplicę Sykstyńską i dał jej swoje imię, zamówił do niej galerię dwudziestu ośmiu papieży pierwszych wieków, ustawionych w namalowanych niszach poniżej dzisiejszego sklepienia. Chciał pokazać nieprzerwaną linię władzy od Piotra do siebie. Pracował nad tym zespół florenckich i umbryjskich malarzy z pomocnikami i nie wiadomo, który z nich namalował Dionizego. Historycy sztuki opisują ten rząd jako galerię papieży męczenników. Na lewej ścianie stoi Dionizy w tiarze i pontyfikalnych szatach, których nigdy nie nosił, z księgą w dłoni. Stoi wśród męczenników, choć sam nim nie był.

Poza tą niszą i relikwiami pod ołtarzem zostały po nim trzy ślady zapisane przez innych: zdanie kronikarza o parafiach, cytat u Atanazego i wspomnienie w liście Bazylego. Każdy z nich przetrwał, bo ktoś później potrzebował dowodu.

Pierwszy papież, który nie musiał umierać za wiarę, zostawił po sobie nie grób, lecz precedens.

Następny odcinek: Feliks I.

Pełny tekst ze źródłami na www.niespokojna.pl w zakładce blog

Surowy kontrast, głęboki światłocień i tekstura, którą niemal można poczuć. Ten hipnotyzujący, czarno-biały portret to d...
10/10/2026

Surowy kontrast, głęboki światłocień i tekstura, którą niemal można poczuć. Ten hipnotyzujący, czarno-biały portret to dzieło brytyjskiego fotografa Jacka Davisona, znanego z nieoczywistego podejścia do ujęć i gry głębokim cieniem. Przed jego obiektywem stanął Willem Dafoe - aktor o niezwykłej charyzmie, którego magnetyczne spojrzenie i wyrazista mimika idealnie dopełniły tę artystyczną wizję.

Dzisiaj mija 185 lat od urodzin człowieka, dzięki któremu pół Krakowa umawia się „pod Adasiem”. Teodor Rygier urodził si...
09/10/2026

Dzisiaj mija 185 lat od urodzin człowieka, dzięki któremu pół Krakowa umawia się „pod Adasiem”.

Teodor Rygier urodził się 9 października 1841 roku w Warszawie, uczył się u Konstantego Hegla, potem w Monachium i Wiedniu, a od 1873 roku żył i pracował we Włoszech, najpierw we Florencji, później w Rzymie. I właśnie z tej włoskiej pracowni wyszedł najbardziej krakowski ze wszystkich krakowskich pomników.

Lubię paradoksy tej historii. Mickiewicz nigdy w Krakowie nie był, trafił tu dopiero w 1890 r., do krypty na Wawelu, trzydzieści pięć lat po śmierci.

Rygier w konkursie przegrał z Cyprianem Godebskim, a mimo to do realizacji wybrano jego projekt, bo bardziej podobał się publiczności. Umowę podpisano w listopadzie 1889 r., a potem przez lata poprawiał wieszcza na życzenie miejskiej komisji. Figury odlano w Rzymie, a gdy 26 czerwca 1898 roku pomnik odsłonięto, krytycy nie zostawili na nim suchej nitki, narzekał między innymi Bolesław Prus. Niewielu pamiętało wtedy, że otoczenie monumentu zaprojektował Tadeusz Stryjeński (Lameński, „Porta Aurea”, 2020).

17 sierpnia 1940 roku Niemcy zrzucili Mickiewicza z cokołu. Po wojnie większość figur odnaleziono na złomowisku w Hamburgu i 26 listopada 1955 r., w setną rocznicę śmierci poety, Adaś wrócił na krakowski rynek.
W moim odczuciu to najlepsza recenzja, jaką może dostać rzeźba: krytycy marudzili, okupant zniszczył, a miasto i tak chciało ją z powrotem.

Rygier zmarł w Rzymie w grudniu 1913 r. i spoczywa na Campo Verano. W Krakowie zostawił tylko jedno, ale za to takie, pod którym codziennie ktoś na kogoś czeka.

Ile razy umawialiście się „pod Adasiem”?

Zofia Rydet (1911- 1997)Mały człowiek, 1961, odbitka żelatynowo-srebrowaCykl: Myślimy i pracujemyŚląsk - BytomFotografia...
08/10/2026

Zofia Rydet (1911- 1997)
Mały człowiek, 1961, odbitka żelatynowo-srebrowa
Cykl: Myślimy i pracujemy
Śląsk - Bytom
Fotografia w abumie “Zofia Rydet. Mały człowiek”, Wydawnictwo Arkady, 1965

Adres

Jana Z Kolna
Warsaw
80-864

Telefon

+48511464541

Strona internetowa

Powiadomienia

Bądź na bieżąco: wyślemy Ci e-mail, gdy Niespokojna Art Gallery opublikuje nowości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu, a subskrypcję możesz anulować w dowolnym momencie.

Kontakt: Muzeum

Wyślij wiadomość do Niespokojna Art Gallery:

Skróty

Udostępnij

Kategoria