16/08/2026
Jesteśmy w Unii. Ale grant jeszcze o tym nie wie.
Od kilku lat działam społecznie i jako prezes Fundacji „Słoneczna Galeria” mam okazję obserwować z bliska, jak wygląda życie organizacji pozarządowych w Polsce.
Bierzemy udział w konkursach grantowych, piszemy projekty, realizujemy różne działania, rozliczamy je, a przy okazji człowiek uczy się całej tej grantowej „magii”.
I powiem szczerze – im dłużej się tym zajmuję, tym więcej mam pytań.
Jedno z nich chodzi mi ostatnio szczególnie po głowie:
Czy my, polskie fundacje, naprawdę zaczęliśmy już myśleć o sobie jak o części Europy?
Nie piszę tego jako ataku na grantodawców. Nie chcę też nikogo oskarżać.
Wiem, że publiczne pieniądze muszą być wydawane odpowiedzialnie, a projekty muszą mieć konkretne cele, rezultaty i zasady rozliczania.
Ale czasami warto chyba zatrzymać się na chwilę i zapytać, czy niektóre zasady nie są już trochę… z poprzedniej epoki.
Europa jest blisko. Czasami aż za blisko regulaminu
Jako osoba, która bierze udział w konkursach grantowych, zaglądam również do regulaminów. I właśnie podczas czytania zasad NOWEFIO - Narodowy Instytut Wolności - Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego zatrzymałem się przy kwestii działań poza granicami Polski.
Z jednej strony regulamin dopuszcza możliwość ponoszenia niektórych wydatków poza Polską.
Z drugiej – samo zadanie ma być realizowane na terenie Polski.
I właśnie tutaj zaczęła się moja refleksja.
Nie mam pretensji do takiego zapisu. Rozumiem, że każdy program ma swój cel i swoje zasady.
Ale chciałbym zapytać:
Czy w dzisiejszej Europie miejsce realizacji każdego elementu projektu powinno być ważniejsze od tego, jaki będzie jego efekt?
Załóżmy, że polska fundacja realizuje projekt dla seniorów.
Chce ich aktywizować, edukować, pokazywać nowe możliwości, zachęcać do działania.
I ta sama fundacja chce pojechać na kilka dni do Czech, Niemiec, Austrii czy Chorwacji, żeby zobaczyć, jak tamtejsze organizacje pracują z seniorami.
Nie na wakacje.
Nie na plażę.
Chociaż oczywiście, jeżeli ktoś wymyśli grant, w którym plaża będzie elementem aktywizacji społecznej seniorów, to chętnie przeczytam regulamin. 😉
Mówię o normalnej wizycie studyjnej.
O spotkaniu z inną organizacją.
O wymianie doświadczeń.
O zobaczeniu rozwiązania, którego być może w Polsce jeszcze nie stosujemy.
O przywiezieniu tego doświadczenia z powrotem.
I wtedy pojawia się pytanie:
Czy takie działanie rzeczywiście przestaje być działaniem na rzecz Polski tylko dlatego, że jego część odbywa się kilka kilometrów za granicą?
Moim zdaniem – niekoniecznie.
Nie musimy przecież wymyślać wszystkiego od nowa
Czasami mam wrażenie, że w Polsce mamy taką narodową ambicję, żeby wszystko wymyślić sami.
Najlepiej od początku.
Własny pomysł.
Własny regulamin.
Własny formularz.
I najlepiej jeszcze w trzech egzemplarzach. 😉
A przecież można czasami po prostu zobaczyć, co robią inni.
Jeżeli organizacja w Niemczech ma świetny pomysł na aktywizację seniorów – zobaczmy.
Jeżeli Czesi mają ciekawy sposób organizowania wolontariatu – zobaczmy.
Jeżeli Austriacy znaleźli dobre rozwiązanie problemu, z którym my również się zmagamy – zobaczmy.
Jeżeli Chorwaci robią coś interesującego – również zobaczmy.
A potem wróćmy do Polski i spróbujmy zrobić to po swojemu.
To nie jest ucieczka od Polski.
To jest nauka.
Europa to nie tylko pieniądze
I właśnie tutaj dochodzimy do sedna.
Mam czasami wrażenie, że wciąż patrzymy na Europę przede wszystkim jak na miejsce, z którego można dostać pieniądze.
A ja chciałbym, żebyśmy zaczęli patrzeć na Europę również jako na miejsce, z którego możemy czerpać:
wiedzę, doświadczenie, pomysły, kontakty i dobre rozwiązania.
Jeżeli polska fundacja chce pojechać do innego kraju Unii Europejskiej, żeby zobaczyć, jak tam rozwiązano konkretny problem społeczny, to chciałbym, żeby pierwsze pytanie nie brzmiało:
„Ale przecież to jest poza Polską?”
Tylko:
„Po co tam jedziecie i co przywieziecie z powrotem?”
Bo to jest chyba zasadnicza różnica.
Nie chodzi mi o więcej pieniędzy
I żeby było jasne – nie piszę tego dlatego, że chciałbym, żeby fundacje dostały więcej pieniędzy.
Chodzi mi o coś zupełnie innego.
O większą elastyczność i zaufanie do organizacji, które potrafią powiedzieć: po co, dlaczego, z kim i jaki będzie z tego efekt.
Jeżeli ktoś chce wykorzystać grant na zwykłą wycieczkę – proszę bardzo, niech udowodni, że ma to sens.
Jeżeli jednak ktoś chce zrobić dobrze przygotowaną wizytę studyjną, spotkać się z organizacją partnerską, zdobyć wiedzę i później wykorzystać ją w Polsce, to może warto spojrzeć na takie działanie trochę inaczej.
Bo miejsce zdobywania wiedzy nie musi być tym samym miejscem, w którym później wykorzystamy tę wiedzę.
Polska fundacja nie powinna mieć kompleksów
Chciałbym też powiedzieć coś jeszcze.
Mam wrażenie, że polskie organizacje społeczne czasami mają niepotrzebny kompleks wobec zagranicy.
A przecież mamy świetne fundacje, stowarzyszenia, wolontariuszy i ludzi, którzy robią naprawdę fantastyczne rzeczy.
Mamy doświadczenie.
Mamy pomysły.
Mamy ludzi gotowych działać.
I jesteśmy gotowi rozmawiać z Europą jak równy z równym.
Nie tylko brać.
Także dawać.
Nie tylko się uczyć.
Także pokazywać innym, czego sami się nauczyliśmy.
Może więc czas zmienić pytanie?
Zamiast pytać:
„Czy można wydać pieniądze 50 kilometrów za granicą?”
zapytajmy:
„Czy dzięki tym 50 kilometrom czegoś nauczy się 50, 100 albo 300 osób w Polsce?”
Jeżeli odpowiedź brzmi „tak”, to może warto patrzeć przede wszystkim na rezultat, a nie na granicę na mapie.
Bo Europa nie powstała po to, żebyśmy tylko przesuwali granice na papierze.
Powstała po to, żeby ludzie mogli się spotykać, rozmawiać, współpracować i korzystać ze swoich doświadczeń.
I oczywiście – są programy, które już dzisiaj przewidują współpracę międzynarodową i działania poza Polską.
I bardzo dobrze.
To pokazuje, że takie podejście jest możliwe.
Ale skoro jest możliwe w jednych programach, to może warto zastanowić się, czy podobnej możliwości nie powinno być więcej.
Nie wszędzie.
Nie bez ograniczeń.
Nie bez kontroli.
Po prostu tam, gdzie ma to rzeczywisty sens.
Europa powinna być dostępna dla każdego grantu
I tutaj dochodzę do jeszcze jednej rzeczy.
Moim zdaniem możliwość realizacji części działań w Europie powinna dotyczyć zarówno małych, jak i dużych grantów.
Nie powinno być tak, że europejskie myślenie jest zarezerwowane wyłącznie dla dużych organizacji, dużych projektów i dużych pieniędzy.
Mała fundacja z małej miejscowości też może mieć świetny pomysł.
Może chcieć pojechać do sąsiedniego kraju, spotkać się z podobną organizacją, zobaczyć dobre rozwiązanie i przywieźć je do swojej społeczności.
Dlaczego miałaby mieć mniej możliwości tylko dlatego, że jej projekt jest wart 10 czy 20 tysięcy złotych, a nie 200 tysięcy?
Oczywiście nie oznacza to, że każdy grant ma być wycieczką zagraniczną.
Nie o to chodzi.
Chodzi o to, żeby była możliwość, jeżeli charakter projektu i jego cele rzeczywiście tego wymagają.
Żeby organizacja mogła powiedzieć:
„Chcemy zrobić to w Polsce, ale część wiedzy, doświadczenia albo współpracy zdobędziemy w innym kraju Unii Europejskiej”.
I żeby najważniejsze pytanie brzmiało:
„Jaki będzie z tego efekt?”
a nie tylko:
„Gdzie to się odbędzie?”
Nie chcemy wyjechać z Polski
To chyba najważniejsze.
Nie chcemy wyjechać z Polski.
Chcemy wyjechać po doświadczenie i wrócić z nim do Polski.
Chcemy zobaczyć, jak inni rozwiązują problemy, które mamy również tutaj.
Chcemy spotkać ludzi, którzy robią podobne rzeczy.
Chcemy wymieniać się doświadczeniami.
I chcemy pokazywać innym, że również w Polsce mamy czym się pochwalić.
Bo Europa to nie tylko pieniądze.
Europa to ludzie.
To doświadczenia.
To współpraca.
To możliwość uczenia się od siebie nawzajem.
Europa to nasz dom
I może właśnie tutaj powinniśmy zrobić kolejny krok w myśleniu o grantach.
Europa nie jest dla nas zagranicą. Europa jest naszym wspólnym domem.
Granice państw oczywiście istnieją. Ale w Unii Europejskiej nie powinny być granicami dla wiedzy, doświadczenia, współpracy i dobrych pomysłów.
Jeżeli polska fundacja z małej miejscowości chce pojechać do Czech, Niemiec, Austrii, Chorwacji czy innego kraju Unii Europejskiej, żeby zobaczyć coś, czego później nauczy swoich mieszkańców – to nadal jest działanie dla Polski.
Jeżeli wracamy z Europy z nowym pomysłem i wdrażamy go u siebie – to Europa pracuje dla Polski.
A jeżeli przy okazji pokazujemy naszym europejskim partnerom, co sami potrafimy – to Polska również pracuje dla Europy.
Dlatego uważam, że wszystkie programy grantowe – zarówno te małe, jak i te duże – powinny, tam gdzie charakter projektu tego wymaga, dawać możliwość realizacji części działań w innych państwach Unii Europejskiej.
Nie jako obowiązek.
Nie jako przywilej.
Jako normalne narzędzie działania.
Bo może najwyższy czas, żeby również nasze granty zrozumiały to, co dla milionów Europejczyków jest już oczywiste:
Europa to nasz wspólny dom.
Czy granica państwa naprawdę powinna być granicą społecznego działania?
Czy ważniejsze jest to, gdzie zdobywamy wiedzę, czy to, co później z tą wiedzą zrobimy?
Czy naprawdę musimy wybierać między „projektem polskim” a „projektem europejskim”?
Może najwyższy czas zrozumieć, że jedno nie wyklucza drugiego.
Można być polską fundacją i jednocześnie myśleć po europejsku.
Można działać lokalnie i czerpać doświadczenia z całej Europy.
Można pojechać za granicę i zrobić coś dobrego w Polsce.
I właśnie takiej Europy chciałbym dla naszych organizacji.
Nie Europy z regulaminu.
Europy z ludzi.
Bo może czas przestać pytać:
„Czy jesteśmy gotowi na Europę?”
I zacząć pytać:
„Czy Europa jest gotowa zobaczyć, co my mamy do zaoferowania?”
Ja jestem gotowy.
I wiem, że wiele polskich fundacji również.
Tylko czasami trzeba nam trochę szerzej otworzyć drzwi.
Nie po to, żeby wyjść z Polski.
Po to, żeby wrócić z Europą.
Piotr Krzyżanowski
Prezes Fundacji „Słoneczna Galeria”